Skąd się bierze strach przed szczepieniami?

Dmytro Flisak/bigstockphoto.com

Stale przybywa osób nieszczepionych. Pojawiają się alarmujące dane o przypadkach zachorowań na choroby, które przez wiele lat były zapomniane. W internecie można znaleźć mnóstwo wypowiedzi przeciwników szczepień. Dyskusje na ten temat budzą mnóstwo kontrowersji. Skąd się wziął ten strach? Jakie mechanizmy tu działają?


Teorie dotyczące złych skutków szczepień nie są wbrew pozorom kwestią ostatnich lat. Już w XIX w. krążyły ulotki i plakaty straszące m.in. możliwością przenoszenia chorób od zwierząt czy nawet zagrożeniem dla zbawienia i życia wiecznego. Jednak argumenty przemawiające za szczepieniami przeważyły. Zagrożenie ospą było wówczas wciąż żywe. Pamiętano dobrze epidemie, które zabiły tysiące osób. Dlatego w porównaniu z nimi skala powikłań wydawała się niewielka. A pamiętajmy, że ówczesne szczepienia były znacznie mniej bezpieczne i bardziej inwazyjne, gdyż wymagały nacięcia skóry, co w mało higienicznych warunkach mogło prowadzić do zakażeń.

W czasach bardziej współczesnych chyba najbardziej znanym czynnikiem budzącym lęk przed szczepionkami było niesławne badanie Andrew Wakefielda. Artykuł opisujący to badanie ukazał się w 1998 r. w czasopiśmie Lancet. Zasugerowano w nim związek między szczepionką MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce) a „nowym zespołem klinicznym” łączącym się z autyzmem. Jednak udowodniono Wakefieldowi szereg nieprawidłowości, m.in. zbyt małą liczbę przypadków, brak grupy kontrolnej, czy też opieranie się na subiektywnych przekonaniach rodziców. Podejrzenia oszustwa pojawiły się w 2004 r., gdy Brian Deer opublikował wyniki swojego śledztwa. Wskazał on m.in. na konflikt interesów, wynikający z faktu, że Wakefield brał udział w procesie przeciw producentowi MMR. Wykrył też niezgodności między dokumentacją medyczną, opisami, rozpoznaniami i danymi z wywiadów. Ostatecznie artykuł został wycofany po 12 latach od publikacji. Mimo to Wakefield podtrzymuje swój pogląd, a jego zwolennicy uważają go za ofiarę spisku przemysłu farmaceutycznego.

Nieraz wskazuje się, że szczepionki stały się ofiarą własnej skuteczności w profilaktyce chorób zakaźnych. Mało kto dziś pamięta, jak wyglądały osoby cierpiące na choroby, które zostały wytępione właśnie dzięki szczepieniom (np. polio). Przez to niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy, jak poważne byłoby zagrożenie, gdyby te choroby powróciły. Nieraz też nie dostrzega się zagrożeń związanych z chorobami uznawanymi za łagodniejsze, takimi jak ospa wietrzna, odra czy świnka – tymczasem mogą one prowadzić do groźnych powikłań.

Niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) są faktem, lecz narosło wokół nich wiele mitów. Często zwykła zbieżność czasowa dwóch zjawisk – np. to, że wkrótce po szczepieniu u dziecka wystąpiła dana dolegliwość – mylona jest ze związkem przyczynowo-skutkowym. Dość często się zdarza, że rodzice dzieci, które z jakichś powodów nie rozwijają się tak jak inne (zaczynają później chodzić, mają zaburzenia mowy itp.), obwiniają za to szczepienia. Problem polega na tym, że rozwój tych dzieci w pierwszych miesiącach życia nieraz wydaje się prawidłowy. Niepokojące objawy można zaobserwować już nieco później. A ponieważ niemal wszystkie dzieci są szczepione na początku swojego życia, można ulec przekonaniu, że faktycznie mamy tu do czynienia z przyczyną i skutkiem.

Wiele osób ulega złudzeniu, że wszystko można samemu znaleźć w internecie i odpowiednio zinterpretować. Jednak bez określonej wiedzy, a przede wszystkim bez umiejętności odróżniania badań rzetelnych od nierzetelnych i informacji zmanipulowanych od obiektywnych, a także bez znajomości mechanizmów tworzenia się błędów poznawczych, którym wielu ludzi tak łatwo ulega – trudno jest oddzielić ziarno od plew.

Łatwo za to paść łupem szarlatanów, którzy nie powstrzymają się przed niczym, by sprzedać swoje produkty i metody leczenia. Typową strategią takich osób jest żerowanie na ludzkiej niewiedzy i desperacji oraz podsycanie lęków i zniechęcanie do medycyny akademickiej, która jest przedstawiana jako bezduszna, skorumpowana i skupiona przede wszystkim na zysku, a nie na dobru pacjenta. Z drugiej strony sami szarlatani stawiają siebie w opozycji do tego, przed czym przestrzegają. Kreują się na niezależnych specjalistów walczących o „wolność” i „prawdę”, oczywiście bezinteresownie (co nie przeszkadza im brać sporych sum za porady, suplementy czy wykłady).

Niestety, dość częste jest fałszywe przekonanie, że „prawda leży pośrodku” i że każda wypowiedź powinna być traktowana na równi. Zbyt łatwo jest przyjąć, że wszystko wiemy, bo mamy dostęp do ogromnych zbiorów informacji o dotychczas niespotykanej skali. Takie błędne przekonanie o własnych możliwościach prowadzi do niedoceniania ludzi, którzy danemu zagadnieniu poświęcili wiele pracy i czasu oraz mają potwierdzoną wiedzę i kwalifikacje. W oczach niektórych osób kilkadziesiąt czy nawet kilkaset godzin przeszukiwania internetu i oglądania filmów na YouTube jest równe długoletnim studiom i badaniom klinicznym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.